W-BU-GRE-W eXpedition A.D.2004
Prolog

W miesiącu wrześniu roku pańskiego dwa tysiące czwartego miała miejsce niezwykła wyprawa. Wyprawa, której nie powstydziłby się sam Baltazar Gąbka. Prawdziwa ekspedycja paranaukowa, a może nawet i paranormalna. Podróż szlakiem starożytnych i równie tajemniczych poszukiwaczy ostatnich promieni słonecznych padających tu i ówdzie na złociste plaże królestwa Bułgaryij i Gyroslandu. Wyprawa, podczas której przejechano pięć tysięcy sto trzydzieści cztery staje dróg o standardach, o których Komisja Uni Europejskiej wolałaby nic nie wiedzieć. Eskapada, podczas której spalono setki tysięcy kilokalorii w mięśniach ramion i przedramion, a także za i podramion dzielnych kierowców; podczas której złamano nieprzebrane ilości przepisów (kulinarnych oczywiście) i empirycznie doświadczono nieznany wcześniej świat. Świat, niczym sprzed setek lat. Świat, którego nie sposób zobaczyć na ekranie telewizora, komputera czy nawet echosondy. Świat, który budzi się przy prędkości stu siedemdziesięciu trzech i siedmiu dziesiątych kilometra na godzinę, który pojawia się równie szybko co znika w tylnym lusterku pojazdu.

Uczestnikami tej szalenie niebezpiecznej i obfitującej w zatrważające przygody, a może nawet i ekscesy, wyprawy było trzech niezwykłych ziomów z polskich domów (raz, dwa i trzy), którzy dużo nie planując, a może i nawet dużo się nad tym nie zastanawiając w ostatniej niemalże chwili zmienili cel swojej późnowakacyjnej (czy może wczesnojesiennej) eskapady z Europy Zachodniej na rzeczoną tutaj trasę W-BU-GRE-W. Trasę pełną niebezpiecznych wyboi, ostrych zakrętów, wzniesień, dolin, tudzież dziwnych znaków drogowych, których znaczenie stawało się coraz jaśniejsze wraz z upływem kilometrów na elektronicznym kilometromierzu ich srebrzystego wozu (wóz wspaniałomyślnie provided by Tata Grzesia czyli firmę micar).

Ilość planowania, a raczej ilość nieplanowania zmierzyć można by poprzez pryzmat nadmiernie odgniecionych na ich zadach szwów z siedzeń ich bryki. Tak jak słoje w drzewie odmierzają wiekowość szlachetnych roślin, tak tutaj ilość nadmiernych odgnieceń świadczy o zbędnie przejechanych kilometrach, tudzież zbędnie spalonym paliwie, a na pewno o czasie przesiedzianym w niewygodnych pozycjach [sam narrator z łezką nostalgii wspomina ile czasu zajęło mu odnalezienie się w świecie zamkniętej przestrzeni samochodu, znalezienie tej jedynej właściwej.. pozycji].

Gdyby nasi szlachetni bohaterowie (raz, dwa i trzy) poświęcili chociaż jeden wieczór, a może nawet kilka zbędnych godzin i spojrzeli choć raz na atlas samochodowy tej części nowożytnego świata, zamiast łazić co wieczór na szlachetny trunek popijany tu i ówdzie na wrocławskim rynku, nie musieliby sypiać na stacji benzynowej czy jechać ledwie przetartymi szlakami wiodącymi przez górskie rumuńskie wioski, gdzie nie zawitały jeszcze łaski kompresorów tudzież innych sposobów regeneracji zgubionego gdzieś na zakrętach powietrza z opon.

Oczywiście niech Czytelnik się nie lęka - nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i nasza trójka (raz, dwa i trzy) nie przypłaciła swym zdrowiem swojej nieroztropności (no może tylko lewami tudzież euro, ale nie to, że dali się zaskoczyć - co to to nie, wszystko było zawsze pod kontrolą; no może prawie wszystko i prawie zawsze), ale nie uprzedzajmy faktów...

Przygody naszej dzielnej załogi (raz, dwa i trzy) zostały solidnie udokumentowane w postaci trudno rozszyfrowywalnych bazgrołów, tu i ówdzie popartych dowodami w postaci ręcznych malowideł ściennych dokonanych za pomocą brudu na karoserii pojazdu. Całość zapisków, które ujrzały światło dzienne w ciągle niejasnych okolicznościach, została właśnie odtajniona i oczyszczona przez Instytut Niepamięci Drogowej z wszelkich zarzutów współpracy z TeZetPeeSO (to jest Tajnymi Zastępami Przydrożnych Słupów Oświetleniowych).

Owa podróż, w której Szanowny Czytelnik, niczym za dotknięciem czarodziejskiego drążka zmiany biegów (ileż to razy przekładanego w te i wewte podczas opisywanej ekskursji) weźmie już za moment wirtualny, a może nawet i duchowy udział, zaczyna się pamiętnej niedzieli piątego września kiedy to cyp (AKA cyprian.pl) spakował się w mgnieniu, trwającym dosłownie cztery godziny trzydzieści trzy minuty i czternaście sekund, oka i odebrany ze swojego domostwa przez micha udał się wraz z nim do grodu Wrocławiem zwanego celem wyruszenia w podróż. Podróż, która miała na zawsze odmienić jego pogląd na temat płaskich, najczęściej biało malowanych linii, które już od jakiegoś czasu rzucały mu się w oczy, gdy przemierzał drogi tego czy innego londu. Linii tu ciągłych, tam przerywanych, tu i ówdzie podwójnych... ale en-u-ef gwiazdka.

gwiazdka - nie uprzedzajmy faktów

Niestety zgodnie z czarnymi wizjami cypa kompan jego podróży nie był jeszcze gotowy stawić czoła jej trudom. W zasadzie michu nie był w ogóle gotowy do czegokolwiek proćz opuszczenia igły patofonu na czarny krążek z dziurką po środku, krążek jakich miał u siebie wiele i którymi ruszał od czasu do czasu to do przodu, to do tyłu. Wkrótce ich zatroskane umysły ukoiła muzyka. A troskali się tym, iż pomimo, że całą podróż mieli w planach od jakiegoś już czasu i mieli opuścić podwoje grodu Wraca w poniedziałek z rana, nie było to możliwe z przyczyn dalekich od jakiejkolwiek zależności. Bo to, że michu nie był spakowany było bardzo niezależne, a niezależność ta spowodowała natychmiastowe udanie się tego wieczoru ku oświetlonemu jak co roku, a może i co noc nawet, wrocławskiemu rynkowi, który o tej porze wyglądał dokładnie tak samo jak o każdej innej z tą różnicą, że nie było śniegu, wody, wszędzie porozstawiane były ogródki piwne - słowem było ciepło. Racząc się złotym trunkiem o wielu odcieniach goryczy powzięli oni, a raczej michu tylko, decyzję, iż będzie on gotowy opuścić miasto w trybie natychmiast we wtorek rano! Zacna była to obietnica.

Dzień następny, którego rozpoczęcie zwiastowało nadejście nowego, fabryczną świeżością pachnącego jeszcze tygodnia tegoż pamiętnego roku, minął w niepamiętnych okolicznościach, ale nie na pakowaniu i planowaniu bynajmniej. W zasadzie pewnym jest tylko to, iż minął i skończył się podobnie jak poprzedni - w tym samym, z dokładnością do kilku barów, miejscu. Po szczęśliwym i całkiem zdaje się normalnym powrocie do jamy micha około wtorkowego rana - podczas gdy przeciwnik wreszcie raczył zacząć się pakować, dzielny cyp zerkał na elektroniczną mapę. Mapę, której nasi podróżnicy (raz, dwa i trzy) nigdy nie powinni byli użyć, a która trafiła w ich ręce z niejasnych powodów (bardzo prawdopodobna wydaje się być próba sabotażu ze strony znanej, międzynarodowej korporacji majkrosoftowej, której nazwy, czyli MicroSoft, nie ośmielę się tutaj wymienić; a doświadczenie to niech będzie przestrogą dla innych!).

Tego właśnie, pachnącego dziwnym miętowym wywarem, wieczoru zapadła wiążąca i ważącana na dalszych losach decyzja — Nie jedziemy na Zachód! Powziąwszy tak daleko brzemienny w konsekwencje wybór dwie trzecie naszych dzielnych bohaterów (raz i trzy) udało się na bardzo zasłużony spoczynek z zamiarem bardzo wczesnego rozpoczęcia kolejnego pozytywnego dnia ich przygody.

Tak więc nazajutrz skoro świt, około dziesiątej to jest, nasza dwójka (raz i trzy) poczuła pierwsze powiewy przygody w drodze po ich środek odbywania przygody oraz trzeciego i ostatniego zarazem członka tej jakże fantastycznej drużyny (dwa).

W tym miejscu pozwolę sobie zakończyć moje wypociny ex post, a dalsza część opowieści snuta będzie z bardzo cienkich, przędzionych z mniej lub bardziej jasnych i czytelnych zapisków samych członków (raz, dwa i trzy) mężnej ekipy, nici. A ja, czyli niemniej wspaniały narrator tej fascynującej przygody mogę udać się na odpoczynek, wtrącając tylko tu i ówdzie parę uszczypliwych uwag, tudzież rzeczowych wniosków. Dziękuję.


PS. Przed wyruszeniem w naszą jakże ekscytującą wirtualną podróż uprzejmię proszę zaopatrzyć się w aviomarin (podług potrzeb), cierpliwość (według szybkości łącza), przymrużenie oka (wedle wady wzroku).
Oczywiście kultura osobista nakazuje mi polecenie przeglądarki Opera tudzież Mozilla Firefox celem osiągnięcia szczytu doznań związanych z mizianiem tej stronki (pomimo, że stronka była także testowana pod Internet Explorerem 6 to nie polecam tej przeglądrki, gdyż zalatuje jakimiś wodorostami czy innym.. syfem). Bardzo proszę o kontakt w przypadku problemów z wyświetlaniem jakiegokolwiek wodotrysku tudzież błędów ortograficznych (jakoże zawsze miałem dwie oceny z wypracowań: bdb. za styl i... ndst. za ortografię [ale staram się jak mogę]).
Korzystając z okazji chciałbym pozdrowić Mamę (macham do Niej teraz ładnie szczerząc ząbki) i poinformować, że do czasu ukończenia stronki zamieszczone teksty czy inne zdjęcia mogą ulegać bliżej nieoczekiwanym i nikomu nieznanym metamorfozom tudzież zmianom (zachęcam zatem do sprzeniewierzania swoich emaili i zapisanie się do powiadamiacza o zmianach na stronie). Jeszcze raz dziękuję.

  cišg dalszy przygody

ostatnia zmiana: 17 marzec 2004, 19:21:42

pi2.pl design